Dominik Obzejta

 

   Dzisiejszy felieton nie dotyczy słynnego filmu z Pittem i Freemanem, bo i siedem grzechów głównych wygląda tu inaczej, no i na pewno jest mniej krwawo.

   Kiedy wróciłem wczoraj do domu po jak zwykle męczącym dniu pracy, zadałem sobie pytanie. Pytanie o liczby. Liczby pacjentów, w moim przypadku psychiatrycznych, które rosną w zastraszającym tempie. Jeszcze kilka lat temu pójście do psychiatry było równie rzadkie jak pojawienie się komety, a teraz częste niczym potknięcia naszych siatkarzy w kolejnych imprezach. Co jest tego przyczyną? Moim skromnym zdaniem jednym z powodów jest osłabienie lub zniknięcie więzi międzyludzkich. Dawniej rolę psychiatry w dużej mierze przejmowali koledzy z pracy, sąsiedzi, koledzy z podwórka, rodzina. Teraz... Kolegom z pracy lepiej nic nie mówić, bo to co usłyszą zapewne wykorzystają przeciwko Wam. Sąsiedzi? Jacy sąsiedzi? Ilu z Was zna sąsiadów ze swojej klatki, albo chociaż ze swojego piętra? Ilu z Was jadąc windą lub schodząc schodami mówi „dzień dobry” albo „miłego dnia”? Ilu zapyta jak minął dzień i pogada choćby pięć minut? Zgaduję, że niewielu. Czynnikiem sprawczym jest powód numer dwa, o którym za chwilę. Koledzy z podwórka wolą zapytać czy dołożymy się do flaszki. A rodzina? Z tą coraz lepiej wychodzi się tylko na zdjęciach, nad czym ubolewam. Komu więc opowiedzieć o swoich problemach? Najlepiej psychiatrze, który zachowa wszystkie nasze głęboko skrywane tajemnice tylko dla siebie, Powód numer dwa to nieustanny pęd za czymś co wymyślili Fenicjanie. Mianowicie za pieniędzmi, a co za tym idzie permanentny brak czasu i uwagi dla innych. Najzabawniejsze jest to, że do psychiatry trafiają zarówno Ci, którzy pieniądze mają, jak i Ci, którzy ich nie mają. Ci pierwsi zauważają ze smutkiem, że nie są one warunkiem zdrowia psychicznego albo co gorsza zaczynają się zastanawiać co się stanie kiedy je stracą. Ci drudzy, bo frustruje ich brak tego, co według wszystkich telewizji i stacji radiowych jest gwarantem szczęścia. Tu płynnie niczym powódź we Wrocławiu kilka lat temu przechodzimy do przyczyny numer trzy - media. Media, które mówią jak żyć. Jeśli żyjesz inaczej to znaczy, że coś z Tobą nie tak. Dlatego oglądamy ciągnące się jak przyklejona do podeszwy guma seriale, czy kolejne programy lansujące jurorów a nie wykonawców i słuchamy muzyki, która charakteryzuje się wyśpiewywaniem tego samego wersu przez kolejne trzy minuty (to przez ostatni teledysk Rihanny „Pour it up”). O mediach zresztą napiszę w przyszłym tygodniu. Przyczyna czwarta to moda, jest teraz moda na wszystko, także na psychiatrów. Posiadanie „swojego” psychiatry jest dobrze widziane w towarzystwie. Powód piąty to szybkie zmiany. Ludzie nie potrafią się zaadaptować. Jeszcze wczoraj byłeś studentem i wszyscy chcieli Cię zatrudniać, bo nie płacili składek. Dziś jesteś bezrobotnym młodym magistrem z wykształceniem, które de facto nikogo nie obchodzi, bo składki za wysokie... I jak tu nie skorzystać z porady. Tu zza rogu wyłania się przyczyna numer sześć, czyli brak pracy a w konsekwencji brak możliwości planowania czegokolwiek naprzód tak przez młodych, jak i przez starszych. Przyczyna numer siedem to brak szacunku. Brak szacunku do siebie (to materiał na kolejny esej ), do starszych (jeszcze kolejny), do czegokolwiek.

   Jak się bronić? Jest na to sposób. Wyobraźnia i jej kształtowanie. Bycie świadomym człowiekiem, świadomym siebie i niebezpieczeństw, które na nas czyhają. Aha, no i czasem można też odwiedzić psychiatrę :)   

Powrót